Po mapie unerwień

taka jestem nie do odkrycia i objęcia          dlonie
cała w dłoniach zawsze przyglądam się
i przeglądam kształty i zarysowania takie to
nie uchodzi o paznokciach i jakieś drapieżne

lubię dłonie
są częścią i czasem i czekaniem
z czasem są odzwierciedleniem

taka jestem do dotykania, że już więcej nic nie mów.

fot. Internet, http://zszywka.pl/p/dlonie-2821207.html

Jestem jak plastelina

jestem jak plastelina urobisz mnie tylko na ciepło                  
Natareplastelina

muszę cię przełknąć jak ostatnią pigułkę wspomnień
rozpuszcza się na moim przełyku pełna oschłych słów
jesteś gorzki w środku
znikasz po pierwszym łyku czystych jak woda myśli
bez złudzeń

nie ma cię spłynąłeś po prostej z ust po wydalenie

„Ludzie są jak morze

„Ludzie są jak morze
… czasem łagodni i przyjaźni, czasem burzliwi i zdradliwi. Przede wszystkim to jednak tylko woda”
Albert Einstein

odchodzisz w kocim tempie wolnych karteksztorm
wyrwanych z kalendarza na wysokiej fali

opadam w zagłębienia na brzegu
tylko stopy brodzą w wilgotnych
ziarenkach piasku mielizna
wyjdzie słońce i osuszę się

ze złudzeń topiąc dłonie bez końca
pragnę do końca zbadać każdy milimetr ciała
a morze się rozmydla, a może nie powinnam
decyzje dorastają do przetartych ścieżek
zatracenie straciło chwilę, lekko bez nadziei
ciężkie beznadzieje

Czasem wieszam się z praniem

nigdy nie jestem czysta na okrętkę cyril-rolando-po-deszczu-pc582acz
zaszywam swoje mniemanie a ono wyłazi
jak brud spod paznokci z blizną na wysokości
wzgórka (nigdy nie wysycha. Takie, tam

szwy w powodzi macierzyństwa) wydziergana
na płótnie mamy w fioletowe kwiatki
bez krwi tylko siniaki. Tato staram się
zrozumieć dlaczego macierzyństwo ma ciążyć

nie jestem odpowiednia by znosić dzieci
to jest jak twoje pasy nie uniosę ich
z moim zakrzywionym kręgosłupem
jestem nazbyt lekka

obraz: Cyril Rolando “Po-deszczu”

Nie lubię pestek w winogronach

Charles-Bukowski-Quote

 

pomyślałam o czymś  czystym i bez przeszłości o zerwaniu

nie nie jabłka nie myślałam o jabłku ale kiści winogrona

czyichś ramionach jak pnącze o przytulaniu i wiciu się

powolnym smakowaniu deszczu wietrze i kiści winogrona

soku na ustach i kropli

myśli realizacji dążeniu i twórczości  działaniu i mijających

wagonach wina o butelce z wróżbą z chińskich ciasteczek

okularach i rozbitych promieniach słońca na szkle i o tęczy

pomyślałam

wzięłam mój świat w dłonie

(o nim najrzadziej myślę)

przy tęczy żywnej  w niej czerwieni

w żyznym jej kolorze i żwawej kolorystyce

i płynnej  materii w przepływie i bulgotaniu

pomyślałam o kwaśnych  winogronach

Bukowskiego

Uwielbiam ten wiersz:

 

kwaśne winogrona” – Charles Bukowski (Światło błyskawicy za górą)

 

dla mnie to koniec, powiedział, straciłem to.
może nigdy tego nie miałeś, odpowiedziałem.

och, miałem, odrzekł.
skąd możesz wiedzieć że miałeś?
takie rzeczy się wie, powiedział, i już.
cóż ja nigdy tego nie miałem, powiedział mu.
to kurwa źle, odrzekł.
co źle? spytałem.
to kurwa źle że nigdy tego nie
miałeś, odpowiedział.
wcale nie czuję się źle że nigdy tego nie
miałem, powiedziałem.
rozumiem, powiedział, a teraz idź
i już zostaw mnie samego.
jak uważasz, powiedziałem, i przesiadłem się o jeden
stolik dalej.
siedział tam tak gapiąc się w swojego
drinka.
nie wiem co takiego stracił ale jeśli
ja nigdy tego nie miałem a on to stracił,
to wyglądało na to że jedziemy na tym samym
wózku.
doszedłem do wniosku
że niektórzy ludzie robią z wszystkiego
wielkie halo i
skończyłem drinka i wyszedłem
stamtąd.

 

James Tate – wiersze znalezione w sieci

Gdy bardzo pragniesz prozy, a w głowie „sieczka” z tygodnia, „restart” z książką jawi się jak kolejny „target” w  pracy, a jednak pragnienie czytania pozostaje niezaspokojone, bo taki był plan na weekend, bo tak lubisz, ba! kochasz książki; spróbuj zakosztować czegoś pomiędzy. W roli głównej: James Tate  http://en.wikipedia.org/wiki/James_Tate_(writer)

 

Lornetka teatpobraneralna, spadochron

Wiele godzin przetrząsałem graty
w naszej piwnicy. Było ciemno i wilgotno,
Bóg jeden wie, jakie stwory się tam zalęgły. I
znalazłem dudy, tobogan, koło ruletki, projektor
filmowy, mikser, odkurzacz, kandelabr,
zestaw do gry w krokieta, żelazo do
piętnowania, chińską sukienkę, sprzęt dentystyczny,
kilka pułapek na homary i bazookę. Mieszkaliśmy
w tym domu od wielu lat i nigdy nie widziałem
żadnej z tych rzeczy, choć nie powiem, żebym szczególnie
wiele czasu spędzał w piwnicy. Jednak to było upiorne,
jakby obok toczyło się osobne życie, bez
nas. I być może ciekawsze życie, co mnie trochę
wkurza. I mam nieomylne przeczucie,
że to wierzchołek góry lodowej.

 

By poczuć się jak ludzie

Jedno jabłko wyrosło na naszym drzewku, co
było pewnego rodzaju cudem, ponieważ
tym drzewkiem jest grusza. Dreptaliśmy wokół niego,
drapiąc się po głowach. – Chcesz je zjeść?, spytałem
żonę. – Prędzej bym umarła, odparła. Wróciliśmy
do domu. Stałem w kuchni przy oknie
i się w nie wpatrywałem. Myślałem o Adamie
i Ewie, ale nie wierzę w Adama
i Ewę. Żona powiedziała: – Jeśli nie przestaniesz
gapić się na to głupie jabłko, pójdę
do ogrodu i je zjem. – Więc idź, odparłem, ale
najpierw zrzuć ubranie, idź naga. Popatrzyła
na mnie, jakby mi odbiło, a później zaczęła
się rozbierać, więc zrobiłem to samo.

 

Cherubicznie

Zaprowadziłem moją córkę Kelsey na dworzec
kolejowy. Gdy odjeżdżał pociąg, machaliśmy
do siebie długo. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.
Odjechała, aby zostać pierwszą kobietą na księżycu.
Nikt nie wiedział, jak się tam dostała. I nigdy nie wróciła,
o ile mi wiadomo. I nigdy nie napisała do mnie,
nigdy nie zadzwoniła. Mam nadzieję, że jest szczęśliwa,
mój księżycowy promyczek. Co noc patrzę przez teleskop.
Widzę dinozaury, śnieżne lamparty, flamingi.
Widziałem jednookiego psa, który merdał ogonem. Widziałem
pocztową furgonetkę. Widziałem żaglówkę, choć oczywiście
nie ma tam wody. Widziałem znak informujący o wodzie,
skierowany ku ziemi. Widziałem znak informujący o hamburgerach
skierowany ku ziemi. Widziałem, jak mała dziewczynka
przewraca się na dziecięcym rowerku. Atomowa mandarynka
pyłu, to wszystko. Nigdy więcej nie widziałem dziewczynki.
Kółka przewróconego rowerka wciąż się obracały.
Śpij, powiedziałem, śpij maleńka.

 

Droga bez końca i początku

Co mógłby robić głuchoniemy o tej porze w budce telefonicznej
zapytywałem sam siebie. Jego usta zdawały się wydmuchiwać
niewidzialne bańki, które były bardzo ładne
do czasu, gdy zderzyła się z nimi czerwona ważka
i pomyliła drogę. Minęła godzina, lecz czułem się
młodszy i byłem niemal pewien, że dostanę
ważną rolę w filmie, człowiek nie potrafiący
przypomnieć sobie własnego imienia, odnajduje szczęście w zupie
Niemowa jest nagle niezwykle wzburzony i podnosi głos
zupełnie jakby go miał. Wygląda na to, iż dziewczyna
w jakiś sposób oszukała go, być może
spotkała w bocznej uliczce marynarza i pocałowali się
Lecz po co miałaby mu o tym mówić, przecież mogłaby
trzymać to w tajemnicy i nigdy by się nie dowiedział, bo marynarz
jak przypuszczam, odpłynął jeszcze tego samego wieczora,
A teraz niemowa szlocha i to już naprawdę słyszę
i szloch staje się coraz głośniejszy, aż w końcu
szlocham i ja, to wszystko wydaje się takie niesprawiedliwe.
Jest prawie północ, milion gwiazd powolutku
przejeżdża samochodami i nic nie widać

 

Dystans bliskich

Po śmierci męża Zita postanowiła usunąć zmarszczki
nareszcie. W połowie zabiegu
spadło jej ciśnienie i musieli przerwać.
Zapinając pasy, przed smutnym powrotem
do domu, zwichnęła bark. Znów szpital,
zbadał ją lekarz i wykrył raka
barku z przerzutami do ramienia i innych miejsc. Radio
terapia. Teraz Zita przesiaduje w salonie piękności,
łysa i zapłakana.
Opowiada mi to wszystko matka przez telefon, a ja pytam:
Mamo, kto to jest Zita?
To ja, odpowiada matka. Przez całe życie byłam
Zitą, łysą i zapłakaną. A dla ciebie, synku, który powinieneś
znać mnie najlepiej, byłam tylko matką.
Ale, Mamo, mówię, ja umieram…

Na tafli jeziora tylko wilgotne rzęsy

Zawsze jestem przed dzień, w dzień i po tym dniu rozerwana, rozdrobiona, rozmemłana i tylko pływam na tafli wspomnień, szukając brzegu i granic pomiędzy tym co było, co mogłoby być i co się wydarzyło.  Jutro zapewne wyleję się jak kubek kawy na wszystkie kadry w moich wspomnieniach. Jest jeszcze dziś i chciałabym uwiecznić to wczoraj na “wirtualnym papierze”,  w formie stałej, choćby w formie kilku wierszy “okolicznościowych” .DRZEWA W USTACH

 

jesteś? co u Ciebie?

Nie lubimy mówić o śmierci to takie nagłe
intensywne jak dotyk choćby palcem
wyróżnić. Mrozi krew w żyłach i nastaje cisza
czasem otwiera niedomówienia
i zbyt głęboko zapisane rysy to tylko

się dzieje. Królewna śnieżka wam dopowie
jak bardzo krzyczała o małym Stasiu i śnieżkach
we włosach zabawmy się w zbijanego albo pobaw
się w powab na nadgarstku czerwone
i pagórki w nie do zniesienia.

Wyczeszmy włosy i nałóżmy czapkę
nic nie widzę  czarne, czarne, nic
się nie stało pod wiekiem zastygła
wyobraźnia.

Nikt jej nie rozdmucha jak mlecz
w kącikach oczu pozostanie.
Byłeś tak w sobie nie rzucajmy się
kapciami.

 

na ścianie

w zasadzie można by wywołać każdy obraz
wieszają się jak wielu z moich znajomych
wypiąć z albumu niczym fotografię
albo wymazać gumką

ścieram tablicę wilgotną gąbką wydrążyło się
w pamięci – nie zarzucam że żyje śmierć
nie zapomniałam jej (za złe nie umiera)

dałabym się zabić za stary film dawno
przekręciła kliszę na ekranie dziura
i wczorajsze zniknięcie jak proch rozprasza

nie lubię bajek z białą panną w obsadzie
nie pasuję do romantycznych opowieści

i tylko proszę z głową
rano i wieczór Drogi Niebieski
zapomnij że żyję i mam męża i dzieci

 

wyczesuję cię z każdym wieczorem (w niedzielę i święta)

aż mi się włos jeży – na sztorc
nie mogę uwierzyć, tylko bujam się
pomiędzy twoją czupryną rozkołysana
(nie ty nie, nie wyłysiałeś, to nie była chemia,
jedynie strzał w głowę)

głaszczę twoje przedramię
do wysokości łokcia rytmicznie ubywa
to tylko drobne włoski lecą na sterylną podłogę
(razem z tą panią co cię codziennie podciera)

ku świętej pamięci pif paf pi pi/j na dobranoc
dech z respiratora: „niech mu ziemia lekką będzie”
serce dwudziestotrzyletnie nieszybko umiera
dłuży się w mózgu, dostałeś z prawej,
a moja lewa wyobraźnia wciąż mnie uwiera.

 

nie wkładać nikogo w worki

Nikt nie umarł z miłości, zdarzyło się
na posterunku raz z broni policjanta. Chciałam zapomnieć
o makijażu z pogrzebu. Zapomniany. Potem usłyszałam
o innym: skopany za dwadzieścia groszy

(brakowało do wina) był pierwszą zwłoką pierścionka
zaręczynowego. Opowieści od siostry: powiesił się górnik
(ten pierwszy od mrożących pocałunków) potem jeszcze
sąsiad z podwórka – jakaś cicha zamroczona miłość.

Śmierć na ławce, na przystanku, w ubikacji, na posterunku,
tylko krajobraz i wiersze o kwiatkach.

Pierścionek oddałam mamie.

 

 

jeśli znajdziesz ciało później niż po kilku latach

Gdybyś kiedy we śnie poczuła, że oczy moje już nie patrzą na ciebie z miłością, wiedz, żem żyć przestał.
Stefan Żeromski

gdybym mogła rozpalić wspomnienia
jak świeczkę czy kadzidełko
tylko czasem przechadzam się bosa
po fotografiach są jeszcze pełne ciepła

na strychu nie naszego domu
wieszam myśli w niebieskim pokoju
gdzie leży album otwarty jak twoje oczy
zastygłe w mojej głowie

chciałabym wtulić się w ziemię
usłyszeć życie pode mną
utwierdzić się że nie widzisz

jak zdradzam cię z mężem
DRZEWA W USTACH

grafika: Phenomenal lips series drawings by Christo Dagorof

Ulubione

Każdy ma swoje ulubione pozycje z obszarów literatury, moje najulubieńsze do których wracam niejednokrotnie, przedstawiam poniżej.  Cytatów nie będzie z czystko technicznych i mentalnych pobudek – za bardzo rozdrobnione, a poza tym technicznie nie możliwe do umieszczenia w jednym wpisie na blogu.

 

Charles Bukowski – “Wszędzie panuje chaos…

„… Ludzie po prostu rzucają się na wszystko w zasięgu ręki: komunizm, zdrową żywność, zen, surfing, balet, hipnozę, terapie grupową, orgie, rowery, zioła, katolicyzm, podnoszenie ciężarów, podróże, ucieczkę od rzeczywistości, wegetarianizm, Indie, malarstwo, rzeźbę, pisanie, komponowanie, dyrygenturę, wyprawy z plecakiem, jogę, kopulację, hazard, alkoholizm, wędrówki bez celu, mrożony jogurt, Beethovena, Bacha, Buddę, Chrystusa, samobójstwo, szyte na miarę garnitury, podróże odrzutowcem do Nowego Jorku, dokądkolwiek… Te fascynacje zmieniają się nieustannie, mijają, ulatują bez śladu. Ludzie po prostu muszą znaleźć sobie jakieś zajęcia w oczekiwaniu na śmierć. To chyba dobrze, że istnieje jakiś wybór.”

 

kwaśne winogrona” – Charles Bukowski (Światło błyskawicy za górą)

dla mnie to koniec, powiedział, straciłem to. book-436507_1280
może nigdy tego nie miałeś, odpowiedziałem.

och, miałem, odrzekł.
skąd możesz wiedzieć że miałeś?
takie rzeczy się wie, powiedział, i już.
cóż ja nigdy tego nie miałem, powiedział mu.
to kurwa źle, odrzekł.
co źle? spytałem.
to kurwa źle że nigdy tego nie
miałeś, odpowiedział.
wcale nie czuję się źle że nigdy tego nie
miałem, powiedziałem.
rozumiem, powiedział, a teraz idź
i już zostaw mnie samego.
jak uważasz, powiedziałem, i przesiadłem się o jeden
stolik dalej.
siedział tam tak gapiąc się w swojego
drinka.
nie wiem co takiego stracił ale jeśli
ja nigdy tego nie miałem a on to stracił,
to wyglądało na to że jedziemy na tym samym
wózku.
doszedłem do wniosku
że niektórzy ludzie robią z wszystkiego
wielkie halo i
skończyłem drinka i wyszedłem
stamtąd.

 

“Kołysanka” – Krzysztof Kamil Baczyński

Nie bój się nocy – ona zamyka
drzewa lecące i ptasie tony
w niedostrzegalnych, mrocznych muzykach,
w przestrzeni kute – złote demony,
które fosforem sypiąc wśród blasku
wznoszą się białe, modre, różowe,
wznoszą się w lejach żółtego piasku,
w chmurach rzeźbione unoszą głowy.
Nie bój się nocy. Jej puchu strzegą
krople kosmosu, tabuny zwierząt:
oczy w nią otwórz, wtedy pod dłonią
uczujesz ptaki i ciche konie,
zrozumiesz kształty, które nie znane
przez ciebie idąc tobą się staną.
Nie bój się nocy. To ja nią wiodę
ten strumień żywy przeobrażenia,
duchy świecące, zwierząt pochody,
które zaklinam kształtów imieniem.
Ułóż wezbrane oczy w kołysce,
ciało na skrzydłach jasnych demonów,
wtedy przepłyniesz we mnie jak listek
opadły w ciepły tygrysi pomruk.

21.XII.41 r.

 

Ponowna deklaracja romansu – Wallace STEVENS z tomu Ideas of Order (1936)

Noc nie wie nic o śpiewach nocy.
Jest tym, czym jest, jak ja jestem, jaki jestem:
I dostrzegając to, najlepiej dostrzegam siebie

I ciebie. Tylko my dwoje możemy się wymieniać
Sobą nawzajem, dając sobie samych siebie.
Tylko my dwoje jesteśmy jednym, nie ty i noc,

Nie noc i ja, ale ty i ja, sami,
Tak bardzo sami, tak głęboko sami dla siebie,
Tak daleko od przypadkowych samotności,

Że noc jest tylko dekoracją dla nas, którzy
Jesteśmy doskonale wierni naszym osobnym jaźniom,
W bladym świetle, które rzucamy na siebie nawzajem.

Przełożył Jacek Gutorow

 

Roman Knap “Jaskółka”

 Mój ojciec jak gdzieś tylko zobaczy brudne, to on zaraz nagle ma lot jaskółki
i lotem jaskółki przylatuje do mnie do pokoju,
otwiera drzwi, woła, zawraca, pokazuje – brudne! brudne! brudne!,
i znowu odlatuje, i znowu przylatuje,
popędza, fruwa, krąży, w prawo, w lewo, śmiga,
i znowu nadlatuje,
i ciągle mi tak lata i jaskółczy w drzwiach.

Bo on te moje zaraz, zaraz, zaraz, to on już słyszał godzinę temu.
Bo ja to się opieszam.
Bo ja jak mam wstać to ja oczywiście wtedy mam widoczny wysiłek. Księżna pani.
Bo oczywiście wszystko może poczekać!
Bo zaraz, zaraz, zaraz, to takie moje wstawanie niewstawanie,
że oczywiście ja to się jeszcze muszę poprzeciągać, odrozespać i poprzytulać do pluszowych książeczek.
Bo mojemu wstawaniu to jest zawsze jeszcze zimno.
Bo oczywiście ze wszystkich spań, wstawań i pobudek najpiękniejsze są te rozlewne.
A mój ojciec to on się wtedy nie może niczego doprosić!
(ps. Bo ja to chyba w ogóle jestem odłamek skorupki z jajka, co to on wpadł do właśnie smażonej jajecznicy i nie chce z niej wyjść i klei się – i trzeba dopiero będzie, że mój ojciec poleci do kuchni, wyłączy gaz, wyciągnie nóż i dopiero wtedy to on mnie wyjmie!)

W końcu wstałem.

Potem musiałem wstać drugi raz.
Bo oczywiście zamieść to może i ja zamiotę, ale i też na tym skończę.
A przecież tylko zamieść podłogę tam gdzie jest brudne, to tak jakby dać tej podłodze do jedzenia tylko suchy chleb.
A gdzie masło, kiełbasa, herbata, gdzie wiaderko, szmata i mop, no gdzie?
A potem nagle to mój ojciec to on już wiedział, że ja dobrze wiem gdzie i co,
ale oczywiście z tego całego mojego bujania w obłokach to ja już gdzie i co to już nic nie wiem.

A potem musiałem wstać jeszcze raz.
Bo w końcu nie wytrzymałem!
Bo mój ojciec właśnie gdzieś tam w łazience położył palec i zaraz zobaczył, że tam to jest tak oblepione,
że się nie da położyć palca.
Ale po co jemu tam kłaść ten pierdolony palec, jak tam nie jest na palec tylko na szampony i płyny!
A potem w lot tego doszło do jatki –
że on skurwiel i ja skurwiel,
on pojebany i ja pojebany,
on schujały ja schujały,
on debil ja debil,
on pedał ja pedał,
on gnój ja gnój,
on jaskółka
(on jaskółka!)
(on jaskółka!)

 

Potrzeby – Roma Jegor

Do miłości potrzebny jest jedynie stół
jakieś krzesła jak dyskretny rząd świadków
łóżko żeby tylko od miłości umrzeć
w ostatni dzień października
i telefon do przyjaciela by już nie czekał
Jeszcze wiecznie zgaszony telewizor
co ukryje najnowszą wersję
Romea i Julii którą tak kochamy
z miłością w nagim pokoju
w nagim powietrzu
w nagim jak poranek czasie
po wigilijnym wieczorze kiedy
narodziliśmy się w sobie
pozostawiając za nami ojca matkę
i kilka aniołów
Jak wszyscy dobrzy ludzie życzyli nam
nienajlepiej więc musi być stół żeby
kolacja dla nich z naszych uśmiechów
i objęć ze słów jak dzikie owoce
i z grzesznego układania warg
pomiędzy rukolą a kozim serem
była ucztą bogów
I żeby to po nas zostało
kiedy trzeba będzie umrzeć od miłości
od pocałunków od umęczonego wiecznym
otwieraniem i zamykaniem dni i nocy
ciała

 

 

Moja pierwsza publikacja

 

   Jak każde dziecko zaczynałam od zabawy słowem, potem to słowo zaczęło nabierać kształtów wyrazu. Moje pierwsze wyrażanie, objawiało się niepłynną prozą, a “znamionami” wiersza. Długo czasu minęło zanim sobie to uświadomiłam. Teraz kiedy sięgam do swojego pierwszego pamiętnika nastolatki, wszystko układa się w prostą dość przerywaną nieaktywnością drogę. Jak każda droga ma swoją historię i zaczyna się od wydeptanej ścieżki, potem dość utwardzonej gleby, która w pewnym momencie staje się poniekąd drogą publiczną, i w tym miejscu znajduje się moja pierwsza publikacja z inicjatywy Ewy Świąc, która zaintrygowana moimi wierszami postanowiła kilka z nich umieścić na stronie www.gender.pl. Daleko mi do drogi choćby wysypanej żużlem, niemniej to wydarzenie uświadomił mi, że może moje wiersze dają radość, smutek, refleksję, jednym słowem pobudzają, intrygują? i są wartością z którą można się podzielić i współuczestniczyć w odczuwaniu świata. Poniżej wiersze opublikowane 07/03/2011 na stronie ŚLĄSKIEJ STREFY GENDER  http://www.gender.pl/readarticle.php?article_id=148

feather-406761_1280

ciałowiersz

cała jestem dziergana wierszem
w białe koronki
pociągasz mnie rozfruwam się
odkrywam piersi uda
otwieram oczy
przeszywasz mnie o wzrok

(ot)daje się
(od)puszczam na bok
na lewy nieprawy
strofujesz? nie stro(fuj)

 

lubię grać

na zielonym siedzę bujam
pomiędzy szpilkami paruje
rozchylę wspomnień kolana

nie narzucam się z powrotem na szyję
rozdrapuję oddech wyobraźni nigdy nie byłeś
pomiędzy udam i zmęczona jestem czekaniem

dopisz mnie oddechem na sercu czuję
i na piersi każdym zmysłem wyobraźni
targnij słowem w moje
uda ci się wskrzesić wilgoć

 

chciałoby się

wycofać skreślić wymazać
albo wziąć i okiełznać
było pozą
poza prawdą
ot, długo dłuży się borykaniem
zaprzestaje we dwoje

przy. stoi odejść
niebo przystaje. odkleiło się

w przykrość
od staje razem

po pół
chciałoby się

wycofać skreślić wymazać
albo wziąć i okiełznać:
było pozą
poza prawdą
ot, długo dłuży się borykaniem
zaprzestaje we dwoje

przy. stoi odejść
niebo przystaje. odkleiło się

w przykrość
od staje razem

po pół

 

>>szkoda, że nie wyjechałem do Ameryki… chociaż może jednak lepiej, że zostałem… ale z drugiej strony, gdybym wyjechał, byłbym bogaty>>

“Wielu ludzi tylko pozornie żyje tu i teraz, w rzeczywistości są mieszkańcami odległych czasów. Jedni żyją pięć lat temu, inni dwadzieścia albo nawet pięćdziesiąt”
Irena Kwiatkowska

mija kolejna zima, a ty jesteś wciąż ciepły
ziemia roztapia wspomnienia

patrzę na niego i nie wiem z kim jestem
przecież umarłeś w 1996

wiesz ta joga to nic nie pomaga
te poranki: cisza i skupienie. oddechem
jestem rozbiegana po innych

gdybyś był obok byłabym lekka
bez ciała i lepkich dotyków
bez ciężkich pytań: a może ten drugi

wciąż szukam w nim jego
bo oni wszyscy byli inni

chciałabym się zatrzymać tu i teraz
bez. tylko dla mnie roznosi zapach
jest zima

 

poryw(a)rozsądek

moglibyśmy płynąć po gładkiej tafli
niebieską kreskę co łączy blisko i dalej
szybować na fali

unosząc biodra czuję twoją chwytliwość
po zmysłach suniesz

biało a szary dźwięk
mewy krzyczy nic nie jest ważne
zatapiamy się po wilgotnych głębiach
zatracając pomiędzy słońcem a łodzią
za Nim zatopię się

czuję kotwicę na prawej

 

hiszpańskie błękity

w niebieskie oczy spoglądasz
niżej celebrując rozmiar d uże
bez sztucznych rzęs
więc patrzysz się głębiej

myśląc że jesteś wewnątrz mnie
i tak blisko nazwę miłość
imieniem spontanicznie
czuję potrzebę zbliżenia
wspólnym językiem dotykasz

pomiędzy nami drżę uda jąc
że nie mówię o seksie
wciąż myślę i ponad statystycznie częściej
chcę mięć cię w niebieskim niebie
pagórki bujają moje dwa i twoje
ja ja
brnę niezaspokojona proszę o jeszcze
uzupełnienie dziur w wierszu

 

inna

ona wcale nie była inna
poróżniła. chłodniejszym spojrzeniem
zapierała. oddech mój zawsze był szybszy
buchał zbyt gorąco

ona nie była jedna to ja byłam jedyna
te wszystkie słowa za gładko za szybko
ona jest dłuższa do zdobycia
nie weźmiesz jak płaszcz który czeka wiernie przy drzwiach

ona jest wystawą na martwych manekinach
więc weszłam
leżałeś ze zdziwioną miną
ona była niewinna ona chciała być tylko inna

 

żeby poczuć równowagę

mogłabym rozwinąć nie słowem
a odlecieć gładkim poszyciem
po mchu skojarzeń roznosisz mnie jak zapach
grasz owszem zgrabnie z ulotnym zachwytem
zrywam kwiatki i pokosy trawy

jestem zielona nie wiem gdzie chodzisz
ubrana w dotyk gołych stóp zbłąkanych w rosie

 

kiedy poczujesz adrenalinę

mam czterdzieści dwa szwy (dwanaście nad pępkiem)
nie licząc tych podwójnych na wysokości wzgórka
przetoczyły się cztery transfuzje czerwonych
niewątpliwie to ogromna transformacja

nie zatonęłam po atonii – ulewało się pulsem
z szyjki na rzeź dzieciątka
zastygły marmurek lat dziewięć – głębokie upośledzenie
tylko strzał w główkę raz z borni
i niejednokrotnie z drenów

chciałabym nie być
chciałabym zasnąć*

*„Zapomnijcie o nas” – Tadeusz Różewicz